Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia IT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia IT. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2017

Jak uniknąć zmarnowania pieniędzy na IT?

Dzisiaj coś dla prezesów, dyrektorów, szefów czy osób decyzyjnych w firmach... Można powiedzieć że próbuję tu przedstawić podstawowe zasady survivalu w świecie ofert na wdrożenia informatyczne.

Bardzo często to właśnie taka osoba jak prezes czy szef firmy zleca prace informatyczne lub czy autoryzuje jakiś wydatek związany z informatyką. Mogą być to typowe prace informatyczne, wdrożenie nowego rozwiązania, może być strona www czy sklep internetowy, może usługa chmurowa a może być również zakup serwera czy infrastruktury sieciowej. Innymi słowy - osoba decyzyjna autoryzuje w typowej firmie dowolny zakup związany z informatyką.

I bardzo często pojawia się paradoks - taka osoba niezbyt często dysponuje wiedzą informatyczną a jednocześnie to właśnie najczęściej ona podejmuje ostateczną decyzję w sprawie typowo informatycznej.

Trudno się w sumie temu dziwić - bycie informatykiem najczęściej nie jest rolą prezesa czy dyrektora. Jednak taka wiedza z branży IT bardzo się przydaje jeśli chodzi o zarządzanie związane z wydatkami IT, np. zlecanie usług informatycznych, zakupów IT czy też weryfikacja realizacji tych prac itp. Sprawa staje się jeszcze ważniejsza gdy mówimy o większych kwotach.

Informatyka jest bowiem pełna pułapek. Osobie nie informatycznej łatwo jest wpaść w takie pułapki i autoryzować zlecenie IT, które nie przyniesie efektu, nie ma większych szans powodzenia albo niespodziewanie niesie za sobą dużo większy koszt niż zakładano.

Dzieje się tak najczęściej gdyż:
  • język informatyczny jest pełen pozornie wieloznacznych określeń, które tylko informatyk lub osoba znająca się na tym, zinterpretuje jednoznacznie i poprawnie. Osoby mniej zorientowane merytorycznie łatwo mogą zupełnie niechcący opacznie je zrozumieć i na tej podstawie podejmować nie zawsze trafne decyzje i działania. Mogą również dać się łatwo zmanipulować handlowcowi zewnętrznej firmy, wdrażającej rozwiązania informatyczne, które wcale niekoniecznie potrzebne są w naszej firmie.
    Przykładem niech będzie słowo "serwer" używane potocznie. To samo słowo może oznaczać zarówno:
    • duży sprzęt komputerowy przeznaczony pod instalację serwerowego systemu operacyjnego,
    • sam serwerowy system operacyjny wykorzystywany na serwerach, 
    • jakąś usługę (np. DHCP przydzielającą adresy IP w lokalnej sieci) albo funkcję - np. komputer o charakterze biurowym ale w danej firmie pełniący rolę serwera.
  • technika często dla osób nie informatycznych bywa nieprzewidywalna - "w praniu" okazuje się że ponosimy znacznie większe koszty rozwiązania niż początkowo zakładaliśmy czy nam obiecywano. Coś, co działało bez problemów wcześniej na setce innych komputerów czy serwerów, może nie zadziałać na naszym. W efekcie prace informatyczne mogą znacznie się przeciągnąć albo wiązać się z wyższym kosztem. Co więcej - może być to naprawdę czysty przypadek, niczyja zła wola czy partactwo.
    Każdy komputer czy system informatyczny jest innym przypadkiem - może być inaczej skonfigurowany, ma zainstalowany inny zestaw programów, może mieć zupełnie inną historię działań jego użytkowników itd.
    W efekcie dochodzi do sytuacji patowej. Taki szef, który zlecił dane wdrożenie, nie będąc świadom realiów rządzących informatyką, może oskarżyć wykonawców o niesolidne wykonanie pracy, zawyżanie kosztów itp. Z kolei wykonawcy bronią się zgodnie ze stanem faktycznym - wyjaśniają że coś poszło nie tak nie z ich winy, że prace rzeczywiście potrwały dłużej, że wymagały większego nakładu pracy itp. Oczywiście z reguły to właśnie wykonawcy są bliżsi prawdy - choć może się zdarzyć i nierzetelny informatyk, który zawyży koszty czy czas prac. Dlatego też trudno to wyjaśnić osobie nie informatycznej.
    Najczęściej jednak naprawdę winę za to ponoszą tylko komputery - nie zachowały się zgodnie z oczekiwaniami czy szacowaniami.
Przykłady? Proszę bardzo :)

Bardzo często szefowie firmy czy osoby decyzyjne są namawiane przez różne informatyczne firmy wdrożeniowe na wdrożenie serwera w firmie. W założeniu taka operacja spowoduje wielkie "WOW!", wielką rewolucję. Obiecują że wszystko nagle ruszy z kopyta, pomnożą się zyski, handlowcy nagle zrobią swoje targety bez problemów, firma pozyska stado nowych klientów itp. Po prostu obiecują przysłowiowe złote góry :) Wielu szefów, wrażliwych na profesjonalnie podejście handlowe, "kupuje" taką wersję zdarzeń i zgadza się na realizację prac.

Dopiero podczas wdrożenia w praktyce okazuje się że wdrożenie serwera może również oznaczać istotne koszty (bywa że nawet o 300% wyższe niż zakładano), przerwy w normalnym funkcjonowaniu firmy czy jej sieci komputerowej, zmianę organizacji pracy firmy czy narzekania pracowników. 

Oczywiście pozytywny efekt końcowy jest ale nie tak duży jak zakładano, koszty wdrożenia również wyższe niż założono - cała impreza po prostu się mniej opłaca firmie niż początkowo zakładano. Po dokładnym zastanowieniu może się okazać że wystarczyło kupić dobrą obudowę z dyskami NAS zamiast stawiać całego wielkiego serwera, płacić za różne funkcjonalności, których się potem nie wykorzystuje, wydawać potem pieniądze na ochronę antywirusową takiego serwera, płacić za regularną opiekę informatyczną na tym serwerze - a wszystko dlatego że sprzedawca profesjonalnie powiedział "Potrzebny Państwu serwer!"...

Inna przykład to zakup czy wdrożenie nowego sprzętu lub oprogramowania. Tu też często sprzedawcy zrobią wszystko abyśmy uwierzyli iż mocniejszy, większy sprzęt czy najwyższa wersja danego oprogramowania jest nam niezbędnie potrzebna, podczas gdy faktycznie również wersja ze średniej półki załatwiła by sprawę. I choć od nadmiaru głowa niby nie boli to jednak często jest tak że ktoś, wykorzystując brak rozeznania informatycznego klienta, próbuje sprzedać coś, co w praktyce nie znajdzie efektywnego zastosowania w danej firmie albo koszt danego rozwiązania nie zostanie zrekompensowany przychodami z tego tytułu.

Kupienie do pracy biurowej dla sekretarki laptopa za 5000 PLN, posiadającego 16 GB RAM, mocną kartę graficzną dla graczy, duży dysk SSD i podświetlaną klawiaturę, niekoniecznie spowoduje wzrost jej wydajności pracy. I choć może powołuję tu dość przejaskrawiony przykład, dobrze ilustruje on zjawisko. Handlowcy bardzo często mylą pojęcie "najlepszy" z pojęciem "najdroższy" a szefowie firm bardzo często pytają właśnie o "najlepszy" sprzęt. Dopiero potem okazuje się że "najlepszy" powinno znaczyć raczej "najbardziej dopasowany do potrzeb" niż "najdroższy".

Czy więc automatycznie wszelkie oferty informatyczne, wdrożenia czy nowości, są jedynie czystym złem dla firmy i należy ich za wszelką cenę unikać?

Niekoniecznie :) Wyjaśniam poniżej :)

Być może niektórzy odbiorcy tego artykułu stwierdzą że takie wyjaśnienia "oczywistej oczywistości" nie jest im do szczęścia potrzebne. Jednak mogą być i takie osoby, którym bardzo się przyda informatyczny punkt widzenia na sprawę, jakaś wskazówka. I to właśnie do nich w większej części kieruje ten artykuł.

Wg mnie kluczem do odróżnienia uzasadnionych wydatków od tych nieuzasadnionych, dla osoby nie informatycznej jest:
  • przede wszystkim określenie jakie potrzeby informatyczne faktycznie ma dana firma - jeśli nawet nie umiemy określić tego jak informatyk, spróbujmy chociaż wyobrazić sobie co system informatyczny miałby dla nas robić a czego nie robi obecnie,
  • na ile to możliwe, zrozumienie czym faktycznie jest wdrażane rozwiązanie, komputer, serwer, usługa. Chodzi o to aby mieć świadomość czemu to wdrażane coś właściwie służy, proponuję jak ognia unikać podejścia typu "Inni mają TO w firmach więc i ja muszę TO mieć, choć nie wiem co TO jest". I choć wiele osób powie tu "ja nie jestem informatykiem, ja się nie znam, nie chcę wiedzieć jak to działa" to jednak nawet mało informatyczne czy trywialne wyjaśnienie sobie zjawiska informatycznego jest lepsze niż brak wyjaśnienia w ogóle. Bez znalezienia własnej interpretacji wdrażanego rozwiązania najczęściej kupujemy kota w worku.
  • weryfikacja jakie dokładnie znaczenie w tym przypadki ma popularne czy modne słowo, określające przedmiot naszego wdrożenia. Czyli jeśli ktoś powie nam że potrzebny nam serwer w firmie, zapytajmy co dokładnie ma na myśli, czy może to opisać innymi słowami albo jak to się mówi: "łopatologicznie" :)
  • dopytać się o optymistyczne i pesymistyczne scenariusze danego wdrożenia, upewnić się jaką skale kosztową, problemową i czasową może zjawisko przyjąć gdy wszystko pójdzie gładko a jak gdy będą duże komplikacje,
  • dopytać o to co ewentualnie może pójść nie tak, który etap wdrożenia jest ryzykowny czy może wygenerować większą ilość pracy czy kosztów niż zakładano,
  • dopytać o to jakie mogą być skutki uboczne wdrożenia i skonfrontować to ze swoją wiedzą o działaniu własnej firmy.  Być może informatyk-wdrożeniowiec planuje w związku z realizowanym wdrożeniem wykonać jakąś czynność, która spowoduje przerwę w działaniu firmowej sieci komputerowej. Dla niego taka przerwa to może być część zwykłej procedury wdrożeniowej i może nie widzieć w tym nic złego, my jednak możemy wiedzieć że w danym momencie taka przerwa jest po prostu nie do przyjęcia bo księgowość właśnie płaci podatki czy kadry naliczają płace. Dlatego lepiej nie liczyć że ktoś pomyśli dokładnie w ten sam sposób jak my - lepiej się upewnić,
  • zapytać co się zmieni z punktu widzenia użytkowników systemu po udanym wdrożeniu - czy będzie się go obsługiwać tak samo, czy dojdą nowe możliwości, a może trzeba będzie wykonywać jakieś dodatkowe czynności - tam gdzie wcześniej nie było takiej konieczności. Mawia się że lepsze jest wrogiem dobrego i czasami
  • unikać szukania "najlepszego" rozwiązania - zwłaszcza gdy używamy właśnie tego słowa. "Najlepsze" dla handlowców to zachęta do wciśnięcia nam czegoś drogiego, niekoniecznie przydatnego. Zdecydowanie lepiej jest poszukać rozwiązania "najbardziej dopasowanego" do potrzeb naszej firmy. Pamiętajmy że dobór słów może mieć tu znaczenie.
W takim artykule trudno opisać szczegółowo wszystkie sytuacje czy porady w temacie wydatków na IT i unikania złych wydatków. Mam jednak nadzieję że udało mi się choć trochę naświetlić że problem istnieje, pokazać chociaż parę negatywnych scenariuszy, których możemy uniknąć stosując chociażby podstawowe środki zapobiegawcze.

Chętnie pomożemy podjąć trudne decyzje informatyczne - doradzimy, wyjaśnimy, sprawdzimy czy dana propozycja dostawcy jest uzasadniona, przybliżymy jakie korzyści ona daje, jakie może mieć również skutki uboczne.

Zapraszamy do kontaktu z nami!

niedziela, 4 stycznia 2015

Czym różni się informatyk od serwisanta komputerów?

Dzisiaj sprawa dość prozaiczna choć czasami potencjalnie wprowadzająca w błąd naszych klientów - tzw. "naprawa komputerów". Pojęcie pozornie bardzo pojemne i elastyczne.

Łatwo przecież powiedzieć że "ktoś naprawia komputery" i właściwie nie wnikać co to dokładnie oznacza - dopóki sami nie mamy problemu z komputerem i nie potrzebujemy pomocy. Wówczas to określenie nabiera całkiem nowego sensu. Dopiero wtedy okazuje się że popularnie zwani "komputerowcy" nie są jednolitą grupą ludzi, którzy umieją to samo. Nie można ich wrzucić do jednego worka - mają różne specjalizacje, różne umiejętności, z jednymi problemami radzą sobie lepiej, z innymi gorzej.

Czy to znaczy że jedni umieją więcej a drudzy mniej? Niekoniecznie :) Wszystko zależy od czego ktoś w branży informatycznej wyszedł, od czego zaczął i czym obecnie się zajmuje.
  • osoby który zaczęły swoją przygodę z informatyką od pracy w sklepie komputerowym lub nadal tam pracują, pewnie świetnie będą się orientować w nawet najdrobniejszych niuansach sprzętowych, będą znały słabe i mocne strony danych podzespołów, ich kompatybilność oraz statystyczną awaryjność laptopów różnych marek. Nierzadko będą też świetne w składaniu czy tuningowaniu komputerów oraz będą posiadać sporą wiedzę o sprzęcie komputerowym.
  • ludzie w serwisie komputerowym (skupieni na naprawach sprzętowych) będą mieli wyjątkową orientację na temat usterek sprzętowych, sposobów rozbierania urządzeń przenośnych jak laptopy, będą świetnie wiedzieli jak np. oczyścić z kurzu laptopa, wymienić układ na jego płycie czy wymienić matrycę oraz wiele innych rzeczy związanych ze sprzętem.
  • typowi informatycy (którzy zarządzają serwerami czy sieciami, zajmują się bezpieczeństwem czy konfiguracją/wdrażaniem oprogramowania) będą z reguły bardzo skuteczni jeśli chodzi o wyjaśnianie problemów, których przyczyną nie jest sprzęt a oprogramowanie lub konfiguracja sieci. Jedną z ich mocnych stron jest rozpatrywanie danego problemu informatycznie nie tylko w aspekcie sprzętu, na którym występuje, ale również w powiązaniu z innymi czynnikami w otoczeniu sieciowym komputera. Jeśli komputer zachowuje się dziwnie, jest pełen wirusów, nie chce współpracować z drukarką sieciową, jest problem z jego wydajnością albo w ogóle komputery czy urządzenia nie dogadują się w sieci firmowej czy domowej - to jest właśnie pole do popisu dla informatyka.
Oczywiście nie chcemy tu nikogo dyskredytować. To nie znaczy że serwisant na pewno nie zna się na usuwaniu wirusów czy instalacji oprogramowania a informatyk na rozbudowie pamięci :) Każdy ma szansę być dobry w różnych dziedzinach. O końcowym efekcie dla klienta decyduje tu jednak często praktyka i doświadczenie w rozwiązywaniu danych problemów informatycznych, liczy się również zaplecze techniczne.

Osoby, które pracują w serwisie komputerowym albo prowadzą własny serwis, przyjmują często przynajmniej kilkanaście komputerów dziennie do naprawy. Wiedzą czy słyszą o sporej ilości problemów sprzętowych - chociażby sama praktyka czyni ich ekspertami w dziedzinie takich problemów. Dodatkowo dobre warsztaty mają specjalistyczne zaplecze techniczne, odpowiednie narzędzia do tego aby np. wylutować uszkodzony układ scalony z płyty laptopa i wlutować sprawny. Mają również duży dostęp do podzespołów, zarówno nowych jak i używanych, wiedzą gdzie szukać brakujących elementów - więc dzięki temu świetnie im idzie diagnoza problemów gdzie komputer wydaje się martwy, nie włącza się w ogóle (nawet BIOSu nie ma) czy po ekranie latają dziwne kolorowe śmieci już od pierwszego momentu.

Aby sprawdzić dlaczego komputer jest "martwy", bardzo często trzeba podmienić kilka elementów (jak np. procesor czy płyta główna) aby upewnić się co dokładnie padło. W takiej sytuacji typowy informatyk-sieciowiec często nie ma dużych szans na tak skuteczne usunięcie problemu sprzętowego - nie zawsze ma do dyspozycji warsztat gdzie może sobie do woli podmieniać podzespoły aby upewnić się który z nich jest uszkodzony.

Jednak działa to i w drugą stronę. Gdy przyniesiemy do typowego serwisu komputer czy laptopa i powiemy że mamy problem z drukowaniem na drukarce (której oczywiście nie przynieśliśmy do serwisu, została w domu albo wręcz w innym mieście), wówczas nie dajemy serwisantowi wielu szans skutecznej diagnozy czy rozwiązania problemu.

Podobnie z problemami sieciowymi. Przynosząc laptopa do serwisu i mówiąc że ma on problemy z łączeniem się z internetem, podczas gdy problem tkwi w naszym routerze biurowym czy domowym, prawdopodobnie dostaniemy go z powrotem po paru dniach - z informacją że jest sprawny. Może się zdarzyć też że w takich okolicznościach będziemy musieli zapłacić za diagnozę usterki.

Klient mógłby zapytać: "A po co mi te całe rozważania? Ja chce mieć komputer naprawiony i już!".

Niby tak... ...tylko że zdobycie tej wiedzy jest właśnie w interesie klienta. Wszystko po to aby ten komputer został naprawiony przez właściwego dla danego problemu specjalistę. Innymi słowy - aby klient zapukał z problemem do właściwych drzwi.

Czy w ogóle można zapukać do niewłaściwych drzwi? Można :) Gdy zapukamy do niewłaściwych drzwi, mogą się okazać różne rzeczy, z reguły niekoniecznie dobre dla nas. Przykładowo:
  • serwis laptopów nie rozwiąże nam problemu z siecią domową choć może wziąć pieniądze za diagnozę laptopa który finalnie okaże się sprawny,
  • motywowany chęcią zarobku za wszelką cenę informatyk - sieciowiec bez warsztatu nie poradzi sobie z wymianą matrycy w laptopie czy nie będzie umiał wymienić układu na płycie głównej laptopa - choć też może policzyć sobie za diagnozę.
Właściciele samochodów może lepiej odczytają taki przykład.

Jeśli będziemy mieli problem blacharski (np. mieliśmy stłuczkę) to właściwie oczywistym wydaje się aby udać się z nim do warsztatu blacharskiego albo do autoryzowanego salonu gdzie również zajmują się blacharką (jeśli mamy nadal gwarancję na samochód).
Jeśli zaś idzie zima, chcemy zmienić opony, to jedziemy do warsztatu specjalizującego się w ogumieniu i jego przechowywaniu.
Z kolei jak trzeba zmienić olej czy jakiś filtr - udajemy się do takiego typowego warsztatu ogólnego.

W przypadku samochodów dla wielu osób jest to oczywiste gdzie się udać na naprawę danego typu.  W przypadku komputerów już niekoniecznie. I po to właśnie powstał ten artykuł - aby choć trochę rozjaśnić tą kwestię.

Co więc z artykułu wynika dla zwykłego użytkownika? Skąd wiedzieć do kogo się udać? W skrócie:
  • spróbuj chociaż domyślić się czy problem z Twoim komputerem może mieć naturę sprzętową czy to raczej problem z oprogramowaniem, wirusami czy siecią komputerową.
    Problem sprzętowy można odróżnić chociażby po bardzo nietypowym zachowaniu komputera, np. dziwne śmieci latające po ekranie, całkowita niemożliwość włączenia komputera, nagłe wyłączenia się "w jednej chwili" czy piszczenie albo przegrzewanie się, w najgorszym przypadku dym i zapach spalenizny. Innymi słowy czymś co ewidentnie jest problemem "silniejszym" niż działanie systemu Windows.
    W razie wątpliwości możesz nawet telefonicznie podpytać dowolną osobę z branży informatycznej czy bardziej wygląda to na problem sprzętowy czy z oprogramowaniem lub konfiguracją.
  • w przypadku awarii sprzętowej weź pod uwagę że łatwiej sprzęt będzie naprawić w serwisie gdyż informatyk/serwisant dojeżdżający na miejsce do Ciebie być może nie ma warsztatu w walizce albo gotowych podzespołów na wymianę, pasujących właśnie do Twojego komputera. Dodatkowo wizyta informatyka na miejscu z dojazdem może się wiązać z dodatkowym kosztem (akurat nie w naszym przypadku w obrębie Wrocławia),
  • jeśli twój komputer to laptop i masz z nim problem ewidentnie sprzętowy, rozważ udanie się z nim do serwisu laptopów jako pierwszy krok,
  • jeśli zaś problem, który obserwujesz, występuje na większej ilości komputerów w danej sieci a nie tylko na Twoim, wówczas raczej to problem z siecią albo routerem - wizyta informatyka może być bardzo wskazana, może być z tym problem aby naprawić to w serwisie (tam pewnie określą jedynie że karta sieciowa/WiFi w tym komputerze jest sprawna),
  • rozmaite komplikacje z oprogramowaniem czy wirusami to raczej również temat dla informatyka dojeżdżającego - bywa że więcej niż jeden komputer jest zainfekowany w danej sieci, oczyszczenie go w serwisie niewiele da. Bywa że typowe serwisy komputerowe przetwarzają "pacjentów" masowo i nie jest rzadkością że ktoś przywróci nam komputer do działania, po prostu instalując system od nowa a nasze dane (zdjęcia, poczta czy dokumenty) ulegają skasowaniu.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Czemu to tyle trwa?

Dzisiaj opowiem Wam realia robienia czegoś "na wczoraj", czegoś poniżej kosztów, spraw z pogranicza "mission impossible" albo gdy trzeba odpowiedzieć na pytania klienta/szefa z gatunku "pytania do jasnowidza". Czyli jak to się kończy gdy klient czy szef wymaga od informatyka "niemożliwego".

Każdy informatyk już pewnie na początku swojej kariery zauważył to zjawisko - prawie wszystko jest na przysłowiowe "wczoraj", zawsze na styk możliwości realizacji, zawsze zakłada się że łatwo pójdzie i nie ma scenariusza na inną opcję...
Częściej można spotkać bardzo wyśrubowany termin realizacji zadania niż groźną infekcje wirusową, ambitną konfigurację czy próbę włamu na serwer. Informatyk przeważnie zmaga się właśnie z bardzo krótkimi terminami niż hordami hackerów czy plagami infekcji...
 
Skąd się bierze zjawisko "mission impossible"?

Weźmy może prosty przykład, który może na początku nie wydaje się bezpośrednio związany z tematem.
W naszym cenniku można znaleźć pozycję "Usuwanie wirusów, trojanów oraz innego niechcianego oprogramowania". Jak widać - usługę tą wstępnie szacujemy na koszt od 30 do 100 PLN. Skąd taki rozstrzał?
Najprościej mówiąc - wszystko zależy od danego przypadku - różne ceny niby tej samej usługi wynikają z różnej pracochłonności zadania.

Jeśli infekcja polega usunięciu jednego niegroźnego wirusa, nieaktywnego i siedzącego sobie w zapomnianym katalogu na dysku, to mamy np. 15 minut roboty...
Innym razem jednak trafiamy na zjawisko infekcji totalnej -  tu nie wystarczy już prosta procedura, trzeba sięgać po specjalne narzędzia, skanować komputer z poziomu płytki narzędziowej czy pendrive. A im więcej danych i im wolniejszy komputer, tym wolniejsze skanowanie. A pojedyncze skanowanie nie zawsze może dać efekt - czyli czasami zabieg trzeba powtórzyć. A czasami to się nie uda i trzeba całość jednak sformatować...
Taki czarny scenariusz może się ciągnąć godzinami aż osiągniemy pożądany efekt.

A zjawisko "mission impossible" bierze się stąd, że najczęściej zleceniodawca z góry zakłada najbardziej optymistyczny scenariusz, czasami wręcz otwarcie go oczekuje, stawia jako target naszych działań, czasami kojarzy to z czymś w typie best deal - czyli że z góry może utargować najkrótszy czas realizacji, coś jak wariant ekspresowy...
Gdy jednak dowiaduje się jakie są realia i że to wcale nie będzie najkrótszy wariant realizacji usługi, jest niezadowolony, to nie miało tyle trwać, ktoś mu nie dał najlepszej oferty...

Skąd klienci więc biorą swoje wyceny, szacowania?
Każdy z nas ma jakieś swoje wyobrażenie o danej usłudze, głównie na podstawie własnych doświadczeń albo doświadczeń znajomych, rodziny, zewnętrznych konsultacji itp.
Tak więc ktoś, kto widział udaną rozprawę z wirusami jedynie w wersji light (prosta infekcja), być może usuwanie wirusów kojarzy z taką szybką akcją i może być niezadowolony jeśli zabieg pt. "usuwanie wirusów" potrwa kilka godzin w przypadku dużej infekcji.
I odwrotnie - jeśli ktoś przywykł do długich potyczek z falami infekcji, usuwanie pojedynczej, prostej infekcji wywoła u niego uśmiech na twarzy i pewnie pomyśli że ci, którzy realizowali wcześniejsze usługi, może go naciągnęli czy oszukali albo że teraz trafił na super informatyka...
Pamiętajmy że cały czas chodzi o jedną i tą samą usługę w cenniku...
Od danego przypadku i tej kombinacji wrażeń "kiedyś-dzisiaj" zależy czy ocena takich działań będzie pozytywna czy negatywna.
Niektórzy zleceniodawcy czasami doszukują się również jakiegoś wątku handlowego w całej sprawie.
Wygląda to jakby założyli sobie target a potem, widząc że nie jest on osiągany, myśleli "Dlaczego ten informatyk chce ode mnie więcej pieniędzy za robotę niż zakładałem, czemu tyle siedział nad prostą sprawą? Jaki argument powinienem rzucić aby zszedł z ceny czy zrobił robotę szybciej?"...
Być może odbierają sytuację na zasadzie że robią deal, że to dobijanie interesu, że to gra handlowa... Handlowiec może zejść z ceny i to w większości jest kwestia dobrej woli, więc podobnego podejścia oczekuje się od informatyka.

A czy tak powinno być?

Wg mnie nie. Taka zaoczna wycena czasochłonności powinna uwzględniać różne problemy jakie można napotkać podczas realizacji zadania informatycznego i wynikać z faktycznej trudności zadania a nie tylko z własnego przeświadczenia ile takie zadanie w teorii powinno zajmować albo porównań do innych, w rzeczywistości zupełnie innych przypadków (choć dla zleceniodawcy wydają się one identyczne).

Co z tego wynika? 

Najczęściej ocena danego wykonawcy, jeśli nie jest do końca trafna, może się skończyć nawet niespodziewaną zmianą wykonawcy. To zresztą nie jest jedynie domena zleceń w branży IT, podobne sytuacje zdarzają się również w innych branżach.
Tak więc albo jeszcze przed realizacją zlecenia albo już w trakcie jego trwania, zleceniodawca zauważa że to zajmie dłużej i będzie kosztować więcej niż początkowo sobie oszacował. Wówczas albo kładzie nacisk na informatyka - niech zrobi coś aby to jednak zajęło krócej i kosztowało mniej, albo czując się oszukany, zaczyna rozglądać się za innym wykonawcą.

W efekcie wszyscy tracą:
  • klient traci bo ma rozgrzebaną robotę, którą potem próbuje przejąć kolejny wykonawca z często jeszcze gorszym skutkiem, niż zaczął pierwszy. Poza tym, chcąc oszczędzić, bywa że klient płaci prawie podwójnie - raz pierwszemu wykonawcy za zaczęcie czy pierwsze etapy roboty, drugi raz drugiemu wykonawcy za dokończenie. O straconych nerwach nie wspomnę. Bywa też że po zmianie wykonawcy na kolejnego klienta czeka dalsze rozczarowanie bo ten drugi jest jeszcze mniej efektywny niż pierwszy - zwłaszcza jak zadanie było właśnie "mission impossible".
  • traci pierwszy wykonawca bo czeka go spora ilość spięć i trudnych sytuacji z klientem, robota robi się mało wdzięczna a może się okazać że klient nie zapłaci bo wstępnie oszacował sobie dane zadanie inaczej a wyszło tak jak w realu a nie jak w teorii.
  • bywa że traci również kolejny wykonawca, bo dostaje rozgrzebaną robotę po pierwszym wykonawcy, już wstępnie poirytowanego klienta i właściwie na dzień dobry wszystko jest "pod górę". Bywa że drugi wykonawca potwierdza swoim działaniem słuszność działań tego pierwszego i wtedy klient już naprawdę nie wie co z tym zrobić...
Czy są tu jakieś rady dla klientów/zleceniodawców?

Pamiętajmy że ludzie, którzy piszą programy czy systemy operacyjne też się mylą a z tego czasami wynikają problemy w naszej pracy informatyków i są to problemy naprawdę niespodziewane, nigdzie o nich nie uczą w żadnej szkole i właściwie tylko logiczne myślenie lub improwizacja pozwalają wybrnąć z nietypowego problemu. Dlatego nie zawsze wszystko jest na czas, zgodnie z obietnicą i w ogóle wg rozkładu jazdy.
W świecie IT nie zawsze wszystko do siebie pasuje, nie ma uniwersalnego prawa informatycznego, które wymagałoby aby programy pasowały do siebie i nie robiły błędów. Długo jeszcze poczekamy na taką idealną sytuację.
Jeśli chcecie szacować realnie - zapytajcie Waszego informatyka - podwykonawcy czy pracownika. Jeśli nie wie od razu, pozwólcie się mu dowiedzieć - to Wasz przewodnik po świecie IT.
Dopiero wtedy decydujecie ile co ma zająć i ile kosztować.

A co można doradzić informatykom?

Pamiętajcie, klient czy szef często ma swoją wizję, którą być może złapał w biegu, znajomy mu podpowiedział, nikt nie wnikał w szczegóły techniczne - skoro dało się wdrożyć w jednym miejscu, pewnie da się i w drugim. Innymi słowy - nikt nie spodziewał się "schodów".
Uświadomcie go dlaczego ten konkretny przypadek jest inny, wskażcie słabe punkty, wytłumaczcie że to nie deal czy oferta handlowa, że tu decydują konkretne możliwości techniczne a nie dobra wola. Posłużcie się jakimś przykładem z mniej informatycznego aspektu życia - np. "części do Audi nie będą pasować do Peugeota".