Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2017

Jak uniknąć zmarnowania pieniędzy na IT?

Dzisiaj coś dla prezesów, dyrektorów, szefów czy osób decyzyjnych w firmach... Można powiedzieć że próbuję tu przedstawić podstawowe zasady survivalu w świecie ofert na wdrożenia informatyczne.

Bardzo często to właśnie taka osoba jak prezes czy szef firmy zleca prace informatyczne lub czy autoryzuje jakiś wydatek związany z informatyką. Mogą być to typowe prace informatyczne, wdrożenie nowego rozwiązania, może być strona www czy sklep internetowy, może usługa chmurowa a może być również zakup serwera czy infrastruktury sieciowej. Innymi słowy - osoba decyzyjna autoryzuje w typowej firmie dowolny zakup związany z informatyką.

I bardzo często pojawia się paradoks - taka osoba niezbyt często dysponuje wiedzą informatyczną a jednocześnie to właśnie najczęściej ona podejmuje ostateczną decyzję w sprawie typowo informatycznej.

Trudno się w sumie temu dziwić - bycie informatykiem najczęściej nie jest rolą prezesa czy dyrektora. Jednak taka wiedza z branży IT bardzo się przydaje jeśli chodzi o zarządzanie związane z wydatkami IT, np. zlecanie usług informatycznych, zakupów IT czy też weryfikacja realizacji tych prac itp. Sprawa staje się jeszcze ważniejsza gdy mówimy o większych kwotach.

Informatyka jest bowiem pełna pułapek. Osobie nie informatycznej łatwo jest wpaść w takie pułapki i autoryzować zlecenie IT, które nie przyniesie efektu, nie ma większych szans powodzenia albo niespodziewanie niesie za sobą dużo większy koszt niż zakładano.

Dzieje się tak najczęściej gdyż:
  • język informatyczny jest pełen pozornie wieloznacznych określeń, które tylko informatyk lub osoba znająca się na tym, zinterpretuje jednoznacznie i poprawnie. Osoby mniej zorientowane merytorycznie łatwo mogą zupełnie niechcący opacznie je zrozumieć i na tej podstawie podejmować nie zawsze trafne decyzje i działania. Mogą również dać się łatwo zmanipulować handlowcowi zewnętrznej firmy, wdrażającej rozwiązania informatyczne, które wcale niekoniecznie potrzebne są w naszej firmie.
    Przykładem niech będzie słowo "serwer" używane potocznie. To samo słowo może oznaczać zarówno:
    • duży sprzęt komputerowy przeznaczony pod instalację serwerowego systemu operacyjnego,
    • sam serwerowy system operacyjny wykorzystywany na serwerach, 
    • jakąś usługę (np. DHCP przydzielającą adresy IP w lokalnej sieci) albo funkcję - np. komputer o charakterze biurowym ale w danej firmie pełniący rolę serwera.
  • technika często dla osób nie informatycznych bywa nieprzewidywalna - "w praniu" okazuje się że ponosimy znacznie większe koszty rozwiązania niż początkowo zakładaliśmy czy nam obiecywano. Coś, co działało bez problemów wcześniej na setce innych komputerów czy serwerów, może nie zadziałać na naszym. W efekcie prace informatyczne mogą znacznie się przeciągnąć albo wiązać się z wyższym kosztem. Co więcej - może być to naprawdę czysty przypadek, niczyja zła wola czy partactwo.
    Każdy komputer czy system informatyczny jest innym przypadkiem - może być inaczej skonfigurowany, ma zainstalowany inny zestaw programów, może mieć zupełnie inną historię działań jego użytkowników itd.
    W efekcie dochodzi do sytuacji patowej. Taki szef, który zlecił dane wdrożenie, nie będąc świadom realiów rządzących informatyką, może oskarżyć wykonawców o niesolidne wykonanie pracy, zawyżanie kosztów itp. Z kolei wykonawcy bronią się zgodnie ze stanem faktycznym - wyjaśniają że coś poszło nie tak nie z ich winy, że prace rzeczywiście potrwały dłużej, że wymagały większego nakładu pracy itp. Oczywiście z reguły to właśnie wykonawcy są bliżsi prawdy - choć może się zdarzyć i nierzetelny informatyk, który zawyży koszty czy czas prac. Dlatego też trudno to wyjaśnić osobie nie informatycznej.
    Najczęściej jednak naprawdę winę za to ponoszą tylko komputery - nie zachowały się zgodnie z oczekiwaniami czy szacowaniami.
Przykłady? Proszę bardzo :)

Bardzo często szefowie firmy czy osoby decyzyjne są namawiane przez różne informatyczne firmy wdrożeniowe na wdrożenie serwera w firmie. W założeniu taka operacja spowoduje wielkie "WOW!", wielką rewolucję. Obiecują że wszystko nagle ruszy z kopyta, pomnożą się zyski, handlowcy nagle zrobią swoje targety bez problemów, firma pozyska stado nowych klientów itp. Po prostu obiecują przysłowiowe złote góry :) Wielu szefów, wrażliwych na profesjonalnie podejście handlowe, "kupuje" taką wersję zdarzeń i zgadza się na realizację prac.

Dopiero podczas wdrożenia w praktyce okazuje się że wdrożenie serwera może również oznaczać istotne koszty (bywa że nawet o 300% wyższe niż zakładano), przerwy w normalnym funkcjonowaniu firmy czy jej sieci komputerowej, zmianę organizacji pracy firmy czy narzekania pracowników. 

Oczywiście pozytywny efekt końcowy jest ale nie tak duży jak zakładano, koszty wdrożenia również wyższe niż założono - cała impreza po prostu się mniej opłaca firmie niż początkowo zakładano. Po dokładnym zastanowieniu może się okazać że wystarczyło kupić dobrą obudowę z dyskami NAS zamiast stawiać całego wielkiego serwera, płacić za różne funkcjonalności, których się potem nie wykorzystuje, wydawać potem pieniądze na ochronę antywirusową takiego serwera, płacić za regularną opiekę informatyczną na tym serwerze - a wszystko dlatego że sprzedawca profesjonalnie powiedział "Potrzebny Państwu serwer!"...

Inna przykład to zakup czy wdrożenie nowego sprzętu lub oprogramowania. Tu też często sprzedawcy zrobią wszystko abyśmy uwierzyli iż mocniejszy, większy sprzęt czy najwyższa wersja danego oprogramowania jest nam niezbędnie potrzebna, podczas gdy faktycznie również wersja ze średniej półki załatwiła by sprawę. I choć od nadmiaru głowa niby nie boli to jednak często jest tak że ktoś, wykorzystując brak rozeznania informatycznego klienta, próbuje sprzedać coś, co w praktyce nie znajdzie efektywnego zastosowania w danej firmie albo koszt danego rozwiązania nie zostanie zrekompensowany przychodami z tego tytułu.

Kupienie do pracy biurowej dla sekretarki laptopa za 5000 PLN, posiadającego 16 GB RAM, mocną kartę graficzną dla graczy, duży dysk SSD i podświetlaną klawiaturę, niekoniecznie spowoduje wzrost jej wydajności pracy. I choć może powołuję tu dość przejaskrawiony przykład, dobrze ilustruje on zjawisko. Handlowcy bardzo często mylą pojęcie "najlepszy" z pojęciem "najdroższy" a szefowie firm bardzo często pytają właśnie o "najlepszy" sprzęt. Dopiero potem okazuje się że "najlepszy" powinno znaczyć raczej "najbardziej dopasowany do potrzeb" niż "najdroższy".

Czy więc automatycznie wszelkie oferty informatyczne, wdrożenia czy nowości, są jedynie czystym złem dla firmy i należy ich za wszelką cenę unikać?

Niekoniecznie :) Wyjaśniam poniżej :)

Być może niektórzy odbiorcy tego artykułu stwierdzą że takie wyjaśnienia "oczywistej oczywistości" nie jest im do szczęścia potrzebne. Jednak mogą być i takie osoby, którym bardzo się przyda informatyczny punkt widzenia na sprawę, jakaś wskazówka. I to właśnie do nich w większej części kieruje ten artykuł.

Wg mnie kluczem do odróżnienia uzasadnionych wydatków od tych nieuzasadnionych, dla osoby nie informatycznej jest:
  • przede wszystkim określenie jakie potrzeby informatyczne faktycznie ma dana firma - jeśli nawet nie umiemy określić tego jak informatyk, spróbujmy chociaż wyobrazić sobie co system informatyczny miałby dla nas robić a czego nie robi obecnie,
  • na ile to możliwe, zrozumienie czym faktycznie jest wdrażane rozwiązanie, komputer, serwer, usługa. Chodzi o to aby mieć świadomość czemu to wdrażane coś właściwie służy, proponuję jak ognia unikać podejścia typu "Inni mają TO w firmach więc i ja muszę TO mieć, choć nie wiem co TO jest". I choć wiele osób powie tu "ja nie jestem informatykiem, ja się nie znam, nie chcę wiedzieć jak to działa" to jednak nawet mało informatyczne czy trywialne wyjaśnienie sobie zjawiska informatycznego jest lepsze niż brak wyjaśnienia w ogóle. Bez znalezienia własnej interpretacji wdrażanego rozwiązania najczęściej kupujemy kota w worku.
  • weryfikacja jakie dokładnie znaczenie w tym przypadki ma popularne czy modne słowo, określające przedmiot naszego wdrożenia. Czyli jeśli ktoś powie nam że potrzebny nam serwer w firmie, zapytajmy co dokładnie ma na myśli, czy może to opisać innymi słowami albo jak to się mówi: "łopatologicznie" :)
  • dopytać się o optymistyczne i pesymistyczne scenariusze danego wdrożenia, upewnić się jaką skale kosztową, problemową i czasową może zjawisko przyjąć gdy wszystko pójdzie gładko a jak gdy będą duże komplikacje,
  • dopytać o to co ewentualnie może pójść nie tak, który etap wdrożenia jest ryzykowny czy może wygenerować większą ilość pracy czy kosztów niż zakładano,
  • dopytać o to jakie mogą być skutki uboczne wdrożenia i skonfrontować to ze swoją wiedzą o działaniu własnej firmy.  Być może informatyk-wdrożeniowiec planuje w związku z realizowanym wdrożeniem wykonać jakąś czynność, która spowoduje przerwę w działaniu firmowej sieci komputerowej. Dla niego taka przerwa to może być część zwykłej procedury wdrożeniowej i może nie widzieć w tym nic złego, my jednak możemy wiedzieć że w danym momencie taka przerwa jest po prostu nie do przyjęcia bo księgowość właśnie płaci podatki czy kadry naliczają płace. Dlatego lepiej nie liczyć że ktoś pomyśli dokładnie w ten sam sposób jak my - lepiej się upewnić,
  • zapytać co się zmieni z punktu widzenia użytkowników systemu po udanym wdrożeniu - czy będzie się go obsługiwać tak samo, czy dojdą nowe możliwości, a może trzeba będzie wykonywać jakieś dodatkowe czynności - tam gdzie wcześniej nie było takiej konieczności. Mawia się że lepsze jest wrogiem dobrego i czasami
  • unikać szukania "najlepszego" rozwiązania - zwłaszcza gdy używamy właśnie tego słowa. "Najlepsze" dla handlowców to zachęta do wciśnięcia nam czegoś drogiego, niekoniecznie przydatnego. Zdecydowanie lepiej jest poszukać rozwiązania "najbardziej dopasowanego" do potrzeb naszej firmy. Pamiętajmy że dobór słów może mieć tu znaczenie.
W takim artykule trudno opisać szczegółowo wszystkie sytuacje czy porady w temacie wydatków na IT i unikania złych wydatków. Mam jednak nadzieję że udało mi się choć trochę naświetlić że problem istnieje, pokazać chociaż parę negatywnych scenariuszy, których możemy uniknąć stosując chociażby podstawowe środki zapobiegawcze.

Chętnie pomożemy podjąć trudne decyzje informatyczne - doradzimy, wyjaśnimy, sprawdzimy czy dana propozycja dostawcy jest uzasadniona, przybliżymy jakie korzyści ona daje, jakie może mieć również skutki uboczne.

Zapraszamy do kontaktu z nami!

środa, 3 lipca 2013

O informatykach-jasnowidzach, informatykach-kosmitach i innych mitach w IT...

Zmieniamy tematykę...
 
Dzisiaj coś o informatykach i o kilku mitach z nimi związanych.
 
Sam będąc informatykiem, postanowiłem opisać kilka typowych sytuacji i obalić kilka mitów. Mam wrażenie że będzie to ciekawa lektura dla osób, które do tej pory miały przynajmniej kilka sytuacji gdy nie mogły się porozumieć z informatykiem albo czuły się zawiedzone po wykonaniu przez kogoś usługi informatycznej.

Ktoś może stwierdzić "to nie mój problem że nie mogę dogadać się z informatykiem" - niby tak, z tym że na takim nie dogadaniu się najczęściej tracimy my, zlecający a nie sam informatyk. 

A więc lecimy po kolei...
  1. Informatyk – jasnowidz. To wg mnie jeden z najczęstszych mitów.
     
    Nie wiem skąd ten mit się wziął, ale podejrzewam wszelakie filmy rodem z Hollywood, gdzie genialny hacker czy specjalista od IT, kilkoma wciśnięciami klawiszy, namierza poszukiwanego na drugim końcu świata, podłącza się do ulicznych kamer monitoringu, dostaje się do zabezpieczonej hasłem kartoteki osobowej, konta bankowego czy przejmuje dowodzenie nad całym systemem obrony.  Albo jak filmowy Neo przejmuje kontrolę nad Matrixem…
    Drugim źródłem tego mitu mogą być już bardziej realne sytuacje z życia wzięte, gdzie czasami zdarza się, że informatyk podłącza się zdalnie do naszego komputera, widzi nasz pulpit czy sterując nim, pomaga rozwiązać nasz problem. Więc zaczyna nam się wydawać że rzeczywiście widzi wszystko, może wszystko, wie wszystko...
     
    A jak jest naprawdę? O ile pierwszy, hollywoodzki obraz raczej bym odłożył na bok i nim się tu nie zajmował, to druga sytuacja jest dobrym przykładem aby pokazać jak to działa w życiu „w realu”.
     
    Przykłady? Proszę bardzo :)
     
    - „Dzień dobry, dlaczego mi tu wyskakuję błąd?” – zaczyna rozmowę z informatykiem przez telefon zirytowany użytkownik X, wychodzący z założenia, że wszechwidzący i wszechwiedzący informatyk cały czas śledzi jego pulpit (pewnie od samego rana), zna każdy jego ruch więc pewnie już zna odpowiedź.
    - „Dzień dobry, a jaka jest treść błędu?” – pyta informatyk, który dopiero co wygrzebał się z innej sprawy i nie ma pojęcia że użytkownik X ma jakiś problem, a tym bardziej na czym on polega. Dopiero odebrał od niego telefon...
    - „No... nie wiem... Zamknąłem go już, tam był jakiś error... Ale to nie ja jestem informatykiem, dlatego pytam się Pana...” – user X nie mówi tego złośliwie ale sam ma wrażenie że stał się obiektem złośliwości – dlaczego ktoś się pyta go o coś, o czym i tak na pewno wie bo jest wszechwiedzący? Gra na zwłokę?
    - „Aby Panu pomóc potrzebna jest mi treść tego błędu” – próbuje wyjaśniać informatyk, zastanawiając się skąd tu wziąć informację o tym co tam faktycznie na ekranie wyskoczyło...
    - „Myślałem że mi Pan pomoże…” – mówi użytkownik X, już prawie pewny że odmawia mu się pomocy, bo przecież informatycy wiedzą wszystko a skoro ten konkretny nie chce to musi być złośliwość...

    W sumie proste nieporozumienie ale jednak informatyczna codzienność... W tym przykładzie informatyk naprawdę nie wie, jaki błąd na ekranie zobaczył użytkownik X i nie zawsze ma możliwość sprawdzić na jego komputerze co dokładnie się stało.
    Z kolei odnoszący wrażenie złego potraktowania użytkownik X, jest święcie przekonany że informatyk dokładnie zna przyczynę problemu tylko nie chce mu się udzielić odpowiedzi, celowo utrudnia, chce pokazać swoją wyższość albo jest darmozjadem, który tylko bierze pieniądze za „nic nierobienie”...

    Żeby było jeszcze ciekawiej, tu nikt nie chce źle ale po prostu brakuje odpowiedniej wymiany informacji. Przyjmowane są pewne skróty myślowe, szablony i to właśnie one decydują o trudności w porozumieniu się.
    Jeden ze znajomych administratorów, aby pokazać klientom dysproporcję w takiej sytuacji, szczerze odpowiadał „Szklaną kulę zostawiłem w domu”...
    Wyjaśnienie jest w zasadzie jedno.
    W zależności od sytuacji, programu, jego producenta, systemu operacyjnego i jego wersji, komputera, miejsca instalacji tego komputera, dostępu do Internetu i jego konfiguracji możliwe jest aby sprawdzić wprost przyczynę danego problemu albo nie i wymaga to dłuższego dochodzenia.
    Informatyk wie "kiedy jest tak, kiedy inaczej", a osobie "nie informatycznej" pozostaje przyjąć że czasami się da to ustalić od razu a czasem trzeba trochę poszperać, poszukać...

    Bywa że trzeba skojarzyć sporo faktów, dopytać o wcześniejsze zdarzenia, o których wie tylko użytkownik, pomóc mu sobie przypomnieć niektóre z nich. Dopiero wtedy ma się elementy układanki, które składa się w całość i można postawić diagnozę co dolega komputerowi.
    A czasami nie ma się wcale wszystkich niezbędnych informacji i wtedy można tylko zgadywać czy obstawiać co powoduje dany problem...

  2. Informatyk - kosmita z innej planety.Często spotykamy się z ogólną opinią że informatycy żyją w swoim świecie, nie można się z nimi dogadać, a jak już się zaczyna rozmawiać to wszystko co powiedzą, jest tak "informatyczne" że nawet jeśli brzmi znajomo i zrozumiale to i tak nie wiadomo o co chodzi - bo powiedział to informatyk :)

    Oczywiście nie wszyscy tak reagują, ale często zdarza nam się podczas rozmów z klientami iż mamy wrażenie że to co mówimy traktowane jest w szczególny sposób, choć my nie mówimy nic szczególnego. Nie operujemy żadnymi terminami informatycznymi.

    Dochodzi nawet do tego że mówimy "po przetłumaczeniu z informatycznego na ludzki to znaczy to..."  - dopiero wtedy te same słowa brzmią dla rozmówcy jakoś przejrzyściej i pojawia się uśmiech zrozumienia na twarzy naszego rozmówcy :)

    W praktyce jest tak że często od informatyka oczekuje się streszczenia w jednym zdaniu wielu różnych złożonych pojęć i relacji między urządzeniami, programami czy komputerami w sieci (i to nie jest jeszcze problem bo syntetycznie myśleć można), lecz do tego dochodzi konieczność zawarcia w tym jednym zdaniu całej wiedzy informatycznej, która jest niezbędna do zrozumienia tych informacji przez osobę nieinformatyczną.
    Bo jak tu odpowiedzieć klientowi kiedy serwer będzie z powrotem działał gdy faktyczny czas uruchomienia zależy od zjawiska całkowicie niematerialnego i siedzącego "w bebechach" systemu operacyjnego, zdarzającego się raz na 4 lata a być może związanego z błędem programisty, który u producenta pisał dany kawałek kodu i tak naprawdę często będącego sprawą typu "Z Archiwum X"?

    Sorry - w tego typu przypadkach prościej jest streścić całą brazylijską lub meksykańską telenowelę, nadawaną przez 10 lat, w dwóch słowach... :)

    I w tym trudnym momencie pojawiają się dwa podejścia do problemu od strony informatyków: jedni zaczynają mówić językiem informatycznym i mają nadzieję ze ktoś to zrozumie (najczęściej nie) i pewnie to jest źródłem tego mitu.
    Inni starają się tłumaczyć na "ludzki" mówiąc do klienta... To też nie zawsze wychodzi i pewnie od tego podejścia pochodzi kolejny mit...

  3. Informatyk - człowiek niekonkretny...
    Kolejny mit choć podobno w każdym micie jest ziarenko prawdy...

    Czy zauważyliście może że informatycy często zmieniają zdanie jeśli biorą się do jakiejś roboty?
    Pytacie ich "Ile to potrwa?" - admin na to "jeszcze pół godziny...".
    Przychodzicie za godzinę i pytacie o to samo. Nagle z 30 minut robią się dwie godziny, za dwie godziny jest już pół dnia, a za 4 godziny słyszycie "może do jutra"... Znany obraz? Chyba tak ;)
    Oszuści, darmozjady, krętacze? Nic podobnego choć rzeczywiście wymiana informacji nie jest w takich sprawach dobra i każda ze stron może mieć gruntownie inną ocenę tej sytuacji :)

    Najważniejsza zakulisowa informacja - informatyk podczas swojej pracy nie zawsze robi wszystko sam...
    Bardzo często efekty jego pracy to tak naprawdę efekty uruchomienia jakiegoś programu, który ma za zadanie zrobić to czy tamto... Czyli chcąc osiągnąć jakiś efekt, uruchamiam gotowy program który ma go osiągnąć dla mnie. Sam nie byłbym w stanie napisać takiego programu w 30 minut, ale pobranie go, zainstalowanie go i uruchomienie to rzeczywiście 5 minut. Zakładam że dalsza robota zajmie programowi kolejne 10 minut. Dlatego obiecuję komuś pół godziny...
    Cały ambaras w tym że programy też piszą ludzie więc zdarza się że nasz program-podwykonawca zrobi coś nie tak albo to co miał zrobić w 10 minut, robi w 140 minut... Ktoś po prostu nie przewidział zadania, które ja zafundowałem takiemu programowi.
    Problem największy w tym jako to wytłumaczyć zleceniodawcy, który cały czas myśli że to my sami "tymi ręcami" przestawiamy bity czy bajty w pamięci komputera...

    Robi się więc ZONK! gdy wychodzi np. że my staramy się zmusić zewnętrzne narzędzie do zrobienia tego co zlecił nam zleceniodawca a ono nie wiadomo dlaczego nie chce współpracować, wyświetla komunikaty, których jeszcze nie widzieliśmy, wiesza się w niespodziewanych momentach i robi inne, mało spodziewane rzeczy.
    Dlatego też tak często zmieniamy zdanie - na pytanie "na kiedy" podajemy po prostu aktualny stan prac i postępu - na daną chwilę.
    A że ten stan się zmienia z każdą operacją to nam, informatykom, wydaje się oczywiste...
    Innym niekoniecznie...

    Rozumiem jednak skąd może się brać brak zrozumienia. Pewne branże są bardziej przewidywalne.
    Jeśli przykładowo (żadnej urazy czy krytyki!) płytkarz bierze zlecenie na kafelki w łazience, to rzeczywiście może być zaskakujące dlaczego nagle w trakcie prac zmieniłby się gruntownie termin realizacji o 2 miesiące lub koszt tych prac o 400%.
    Niestety w IT często kafelkowanie łazienki 4 x 2 m okazuje się w rzeczywistości kładzeniem płytek w pałacu o 20 łazienkach... :)

  4. Informatyk - mega niedostępny człowiek widmo na którego wizytę czeka się godzinami czy dniami.
    To też bardzo często spotykane stwierdzenie.

    Sporo osób potrzebujących pomocy informatycznej, spodziewa się że informatyk to ktoś w rodzaju kelnera - powinien pojawić się w mgnieniu oka gdy go potrzebujemy, szybko zrealizować nasze zlecenie i nie zadawać zbędnych pytań.
    Jednak w realu bywa inaczej i informatyk (etatowy czy z zewnętrznej firmy) to ktoś, do kogo trafia często dość dużo tematów, nierzadko jednocześnie. W efekcie gdy łapiemy go telefonicznie, najcześciej trafiamy w moment gdy już walczy z innym, wcześniejszym tematem, nierzadko dwoma naraz. 
    Jeśli bardzo chce załatwiać wszystkie sprawy naraz, pewnie weźmie i Wasz temat, jednak wiadomo jak to jest gdy się robi kilka rzeczy naraz - albo można się pomylić, albo zrobić którąś z nich niedokładnie lecz na pewno nie będzie to sprawne działanie.
    Inni podejdą może inaczej i ustawią takie zlecenia w kolejkę, robią naraz tylko jedną sprawę, dopiero jak domkną jakiś odcinek, przerzucają się na następny temat. Mam wrażenie że zaliczam się do tej drugiej grupy. 
    Takie podejście często skutkuje tym że sprawa musi troszkę odczekać na swoją kolej - ale chyba lepiej zrobić coś dobrze choć trochę później niż zrobić coś byle jak albo co gorsza, popełnić jakiś błąd - a błędy w informatyce bywają bardzo kosztowne...

    Inna sprawa że z tą realizacją tematu od ręki też bywa różnie - sporo problemów informatycznych nie daje się rozwiązać w 5 minut i wymaga przygotowań lub nie może zostać zrealizowanych w godzinach pracy.
Czy mógłbym coś doradzić tym, którzy nie mogą z jakiegoś powodu skutecznie porozumieć się z informatykiem? 
Na pewno to aby na ile to możliwe spróbować zapoznać się z realiami pracy tej grupy zawodowej, postawić się trochę na ich miejscu, zastosować się do ich próśb, dostarczyć niezbędnych danych. Jednak ważne jest również abyśmy przekazywali informacje na temat priorytetów swojej pracy czy celu korzystania z komputera, sieci komputerowej lub serwera. 
Informatycy bowiem nie zawsze znają te Wasze realia czy priorytety, więc bywa że dochodzi do nieporozumień i problemy nie są usuwane w sposób najmniej kolidujący z Waszym sposobem działania.